RSS
wtorek, 20 stycznia 2015
Jako Autor bloga pozwolę sobie na małe odstępstwo od tematu podróżniczego. Chciałbym mianowicie pochwalić się swoimi designerskimi pomysłami, z którymi wiążę pewne nadzieje na przyszłość.
Zapraszam zatem do odwiedzenia strony WWW.MORAWKA.PL i obejrzenie moich prac, a jeśli się spodobają to oczywiście zachęcam do zakupu, bezpośrednio, przez Allegro lub Dawanda.
Jeśli tylko się spodobają bez chęci zakupu to będę wdzięczny za okazanie wsparcia poprzez polubienie strony Morawka na Facebooku:
www.facebook.com/studiomorawka








12:14, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 listopada 2013
Koło południa poszliśmy do Mohameda. Jak się okazało cały jego dobytek mieścił się w namiocie ustawionym na szczycie klifu. Maksymalnie dwuosobowy namiot osłonięty murkiem z kamienia to cały dom Mohameda. Skromny, ale z widokiem którego może pozazdrościć król. Ugościł nas oczywiście gotowanymi mulami, które zebrał rano i które zresztą jada codziennie. Później oczywiście była herbata. Po herbacie Mohamed zrobiła sobie skręta z haszyszyszem, po którym trochę zmętniał mu wzrok i był już trochę mniej rozmowny, wtedy poszliśmy. Mohamed pilnuje parkingu dla kamperów, zaprzyjaźnia się też często z turystami, często dostaje od nich prezenty, jakieś zbędne ubrania na przykład. Tak ponoć żyje od dwóch lat, wcześniej miał pracę biurowa w Agadirze, mieszkał z rodzicami. Twierdził że nie mógł wytrzymać w biurze.
Raczej nie wyglądał na człowieka bardzo szczęśliwego z powodu swojego położenia. Dość mocno narzekał na bóle nóg z powodu codziennego brodzenia w zimnej wodzie, przyznał się też że czuje się samotny. Pytałem się go czy zna Abdoo i Abdula i Saida, ale nie są znajomymi, co mi sie wydaje dziwne w tej kilkuosobowej osadzie.
Wieczorem czekała nas jeszcze jedna uczta tym razem na plaży koło drewnianego domku. Dojadane były resztki z dzika z poprzedniego dnia, a nad ogniskiem na kratce grilowały się jakies małe rybki. Oczywiście było też trochę wina i kilka puszek piwa, może niewiele ale Marokańczycy mają słabą głowę. Ktoś przyniósł też sziszę. Nie zabrakło muzyki, śpiewów i tańca. Do wczorajszej ekipy dołączyli goście z Zachodniej Sachary, dwóch gości z których jeden był policjantem i dlatego mógł pijany wracać samochodem do domu. Strasznie nas polubili i chcieli żebyśmy jechali z nimi, odrazu, do Guelmim, a następnego ranka do Esmary. Woleliśmy jednak zostac. Tym razem spaliśmy w chatce.
Następnego dnia poszliśmy razem z Abdoo do Sid Ifni. Odwiedziliśmy targ owocowo-warzywny oraz targ rybny, a później poszliśmy do domu Abdula. Tam poznaliśmy jego siostrę i jej malutkiego synka. Tym razem mieszkanie bardziej przypominało zwykły dom. Normalnie umeblowane choć większość mebli wyglądała jak z wystawki, ale może to przez zamiłowanie do pstrokatych i wzorzystych narzut z frędzlami i podobnych zasłonek w miejsce drzwi oraz cieniutkich chustek, które ozdabiały ściany, przez co mieszkanie przypominało nieco wnętrze cygańskiego wozu.
Wieczorem postanowiliśmy przenieść namiot na ostatnią noc na klif. Po drodze spotkaliśmy Mohameda który wskazał nam dobre miejsce, jak w kółko podkreślał jego miejsce. W cenę tego dobrego miejsca wliczone było jak się później okazało towarzystwo Mohameda gdzieś tak do północy, kiedy w końcu twardo musieliśmy mu powiedzieć żeby już sobie poszedł.
Sprzed tej samej tablicy gdzie wysiedliśmy zabrał nas rano autobus do  Tiznit.











01:07, olekpieta
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 października 2013
W autobusie do Tiznit jako jedyni mamy ze sobą ciepłe śpiwory i kiedy w środku nocy wszyscy wokoło trzęsą sie z zimna, zwłaszcza kiedy podczas postoju kierowca zostawia otwarte drzwi, my tylko przekręcamy się z boku na bok żeby wygodniej umościć sie w fotelach. Do Legziry jedziemy rano taksówką, część drogi konwersując z surferem który wysiada jedną miejscowość wcześniej w Mirleft gdzie pracuje jako instruktor. Podczas postoju taksówki robimy tam też duże zakupy na kilka dni, bo w Legzirze nie ma sklepu (na pieszo da się stąd jednak dojść do Sid Ifni, co później odkryliśmy).
Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałem nie ma nawet przystanka autobusowego. Jedyną oznaką że zaczynająca sie w tym miejscu gruntowa droga dokądś prowadzi jest murowana tablica z napisem Plage Legzira. Schodzimy na plażę gdzie prawie nie ma ludzi. W oddali widać olbrzymie, schodzące do oceanu, skalne łuki, dla których tu przyjechaliśmy. Pełną piersią wciągam morskie powietrze, brodzimy stopami w oceanie, czuję się wspaniale. Dopiero po śniadaniu zaczynamy rozglądać się za miejscem gdzie moglibyśmy się rozbić.
Rocio zaczepia idącego plażą chłopaka, który sadząc po kolorze skóry jest raczej miejscowy. Chcemy się dowiedzieć jak daleko sięga przypływ żeby postawić namiot w bezpiecznym miejscu. Chłopak od razu przedstawia się jako Abdoo i prowadzi nas w Pewne miejsce na wydmach położonych u stóp pionowej skały gdzie znajduje się malutka chatka zbita z desek bardzo różnego pochodzenia przyozdobiona rybackimi sieciami i rozmaitymi muszlami. Chwile później zjawia się Abdul ubrany w koszulkę FC Barcelony z Messim i na szczęście mówi troche po hiszpańsku więc od tego momentu kontakt z chłopakami jest bardzo ułatwiony. W ogóle Abdoo i Abdul tworzą bardzo zgrany team, prawie zawsze widać ich razem, odnosi sie wrażenie że są po prostu dobrymi przyjaciólmi. Abdul natychmiast wziął się za zaparzanie tradycyjnej herbaty. Po skończeniu herbaty Abdoo wyciągnął z chatki spory bęben i zaczął wybijać rytm. Za chwile dołaczył do niego Abdul klepiący w wiaderko i Rocio wybijająca rytm na blacie stołu. Na prawdziwe muzykowanie nie musieliśmy zreszta długo czekać gdyż jeszcze tego samego dnia zostaliśmy zaproszeni na prawdziwą fiestę z udziałem samej śmietanki towarzyskiej Legziry:) Otóż pewien francuz o imieniu Michel, który od lat przyjeżdża do Legziry jako paralotniarz, tego właśnie dnia był na polowaniu i ustrzelił dzika. Na ucztę zaprosił wszystkich znajomych pośród ktorych znalazł się między innymi soltys Legziry w zielonym dresie adidasa niesamowicie spontaniczny ale bardzo mało poważny, oraz jedyny profesjonalny muzyk ze wsi, Raszid z gitarą własnej konstrukcji która miała aż jedną strunę. Przygotowaniem dziczka zajął się Said który jest kucharzem w knajpeczce na plaży, a poza tym paralotniarzem samoukiem, tzn bez kursów, ale nauczył się latać z pomocą takich ludzi jak Michel. No i jak mi powiedział posiada polską paralotnię i chyba nawet ktoś z polski mu ja przywiózł. Sama fiesta w niezbyt dużym pokoju Michela była bardzo udana, od samego początku była gra na bębnach i masa piosenek. Niektóre z nich swoją nuta bardzo przypominały piosenki gdzieś z głębokiej Afryki. W pewnym momencie Bęben trafił w ręce Rocio, która nota bene była jedyna kobieta w towarzystwie. W każdym razie jak zasunęła rytm to wzbudziła niemały podziw wsród biesiadników i mój także. W jej ślad poszedł następny bęben a póżniej blat stołu, łyżki i widelce i co kto miał do wybijania rytmu. W pewnym momencie rytm stawał sie juz tak intensywny że najpierw sołtys z papierosem w ustach poderwał sie do tańca a póżniej następni mężczyźni. I tak sie to powtarzało kilka razy. Mimo wiary w Allacha, nikt nie stronił od wina i papierosów. Gdyby nie Michel który w końcu się chciał położyć, fiesta trwałaby chyba do białego rana. Ale i tak wracaliśmy do namiotu gdzieś nad ranem.
Najpiękniejszym momentem dnia były oczywiście wieczory i zachody słońca. Skalisty klif i skalne łuki wyglądały obłędnie w promieniach zachodzącego słońca. Niezmącona falami tafla wody w basenach odpływowych odbijała niebo jak lustro. Właśnie podczas jednego z takich zachodów spotkaliśmy Mohameda. Brodził po kolana między skałami i wybierał coś z wody. Z ciekawości podszedłem do niego i zapytałem czego szuka? Pokazał mi ostrygi po czym gestem ręki pociągnął za sobą żeby mi pokazać coś interesującego. Gdy już doszliśmy na skraj basenu z którego wypływała woda wskazał palcem na strumień spadającej wody. Długo się wpatrywałem ale nic ciekawego nie mogłem dostrzec, żadnej potwory morskiej, ośmiornicy, czy choćby zwykłej ostrygi. Gdy juz trzeci raz oznajmiłem Mohamedowi że nic nie widzę, powiedział jedno słowo które wyjaśniło mi całą sytuację: WATERFALL !. Ahh waterfall, wykrztusiłem chyba trochę zawiedziony, widać byłem jeszcze za młody żeby zrozumieć piękno tego zjawiska. Mohamed zaprosił nas na następny dzień na ostrygi. cdn.


Zaproszenie na kultową plażę




Rocio pod skalnym łukiem




Abdul celebruje przygotowanie herbaty


Pierwsze chwile w towarzystwie Abdoo i Abdula



W pokoju Michela. Sołtys-zielony dres, Sahid-niebieskie paski, Rashid-koszulka a la Cejrowski.


Zachody słońca.



00:17, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 czerwca 2013
Nie bedę tym razem pisał o miejscu w jakim się znaleźliśmy bo Ouarzazate nie zapadło mi szczególnie w pamięć. Najwiekszym zawodem okazało się jezioro które tak pieknie wyglądało na zdjęciach w internecie, natomiast jego brzeg od strony miasta wcale do malowniczych nie należy i dodatkowo jest zaśmiecony.
Chciałem jednak napisać o pewnym spotkaniu które znów wprawiło nas w zaskoczenie.
Gdy dotarliśmy do Ouarzazate okazało się ze pierwszy autobus jakim możemy jechać nad ocean odchodzi o godzine 22. Usiedliśmy na tarasie knajpeczki niedaleko dworca autobusowego żeby wypic kawe i zastanowić sie co dalej robić, głównym problemem były plecaki, których nie chcielimsy przez cały dzień nosić na barach. Zanim przyszła kawa wyciągnałem daktyle które dostaliśy jescze w Nkob. Starszy pan który przyiósł nam kawę zerknął na nasze daktyle i powiedział coś co brzmiało jakby pochwalał naszego gustu. Poczestowałem go więc owocami. Parę minut później podszedł do nas z czajnieczkiem herbaty i trzema szklanaeczkami. Zaprosiliśmy go oczywiście do stolika, ale niewiele rozmawialiśmy bo moj francuski jest za slaby. Później pan wrócił do swoich obowiązków a my zbieraliśmy sie do odejscia. Kiedy zarzucaliśmy cieżkie plecaki gospodarz kawiarni podszedł do nas i zaproponowal żebyśmy zostawili je w jego gabinecie do odjazdu autobusu.
Mimo że sprawa dotyczyła takiej drobnej rzeczy, to i tak dodała nam skrzydeł i dała do myślenia jak to się dzieje że nawet takie małe problemy znikają same. Jakby ktoś je za nas rozwiązywał i jeszcze rozwijał przed nami dywan po którym wystarczy tylko iść na przód.




Kasbah Taourirt, idziemy wzdłuż jeziora.
                      
Dystrybutor wody, bazar.
środa, 10 kwietnia 2013
Pobyt w Nkob znów okazał się niezwykle miłym przeżyciem i doświadczaniem gościnności i serdeczności Marokańczyków. Zaraz po powrocie ze szpitala w naszej Kasbie pojawił się Braim, czyli chłopak którego wczoraj spotkaliśmy w aucie, i który nas zaprowadził do hotelu. Braim mówił odrobinę po hiszpańsku więc chwilę posiedzieliśmy w trójkę w promieniach porannego słońca na tarasie sącząc herbatę i wcinając daktyle. Potem poszliśmy na główną ulicę poznawać miasto a raczej jego mieszkańców. Najpierw poznaliśmy Yidira. Ydir mieszka w Nkob, i jest przewodnikiem górskim. Współpracuje z jakąś hiszpańską firmą która wynajmuje go ponieważ Ydir mówi dobrze po hiszpańsku. Poza tym ma korbę na punkcie nauki hiszpańskiego, dla każdego słówka musi znać przynajmniej dwa synonimy. Poza tym w domu szykuje dwa pokoje do wynajęcia dla turystów. Chce to zrobić jak należy po europejsku i w kibelku montuje całkiem normalną miskę ustępową, którą poakzuje nam z dumą. Na oko jest trochę starszy od nas ma tak ze 40 lat. Można powiedzieć że Yidir przejął nas z rąk Braima i teraz on organizuje nam tourne po knajpeczkach i pokazuje nas wszystkim napotkanym znajomym. Do południa wypijamy na koszt wszystkich tylko nie własny hektolitry miętowej herbaty. Poznajemy też przystojnego chłopaka, Mohameda, który świetnie mówi po angielsku i przedstawia się nam jako aktor amator, performer i założyciel grupy teatralnej. On też koniecznie chce nam coś postawić ale chyba  widzi że niekoniecznie mamy już ochote na kolejna herbatę z kilogramem cukru. Ucieszyłem się bo przez 4 dni piliśmy tylko głównie wodę i pod koniec naszej wyprawy w góry mażyłem o tym żeby wlać do gardła coś co będzie miało wyrazisty smak, a konkretnie wzdychałem do fanty. Nasz dobroczyńca się rozpromienił skoczył do baru. Za chwile na stole pojawiła się fanta dla mnie i chyba cola dla Rocio (tzn coca, bo hispanojezyczni nigdy nie mowia na ten napój cola, sami sprawdzcie czemu). Niestety mina mi trochę zrzedła bo fanta była jabłkowa i smakowała jak tymbark wymieszany z wodą gazowaną. Na obiad oczywiście musieliśmy być u Yidira i najlepiej jakbyśmy już przyszli z plecakami i nocowali u niego oczywiście gratis. Po południu poszliśmy na obiad u Yidira, bez plecaków z czego był wyraźnie niezadowolony, ale jakoś udało nam się wytłumaczyć. (Tak naprawdę to płaciliśmy naprawdę mało za hotel -100 dirham za nas dwoje, a właściciele też byli bardzo mili i troche z lenistwa a trochę z poczucia lojalności chcieliśmy zostać). Po obiedzie Ydir zaczął nas prowadzić jakimiś krętymi drózkami, aż znaleźliśmy się na skraju miasteczka pod glinianym murem. Tam przycupnęli z Braimem i wypalili po papierosie. Nie wiem czy ukrywali sie tu z papierosem ze względu na religię czy poprostu lubili to miejsce z przepięknym widokiem na daktylowy gaj i góry Jebel Saghro. Wieczorem znów umówiliśmy się z Ydirem i Braimem na głównej ulicy. Tym razem już nie kursowaliśmy od stolika do stolika ale tez od czasu do czasu ktoś do nas podchodził, np sklepikarz który podarował nam miseczkę orzechów. Bez wstawania od stołu udało się też załatwić miejsce w taksówce do Ouarzazate dokąd chcieliśmy jechać z samego rana. Ydirowi wystarczyło tylko zapytać parę osób i już było wiadomo o której a nawet z kim będziemy jechać, chociaż oczywiście nie znaliśmy tych ludzi. Bladym świtem staliśmy znów na głównej ulicy miasteczka czekając na taksówkę, która miała nas dowieźć do Ouarzazate skąd chcieliśmy pociągnąć dalej już nad sam ocean.

Rocio, Ydir, Braim


W domu Ydira, czekamy na kolację. Pijemy Berberskie whisky przy głownej ulicy w Nkob.


Nkob
15:46, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 marca 2013
Mimo że namiot nasz stał  bardzo blisko drogi i niedaleko wioski, a wieczorem mijali nas nawet jacyś mężczyźni to noc spędziliśmy spokojnie.
Niestety rano odkryłem że z moim uszkodzonym palcem dzieje się coś niedobrego. Nie chcę tu opisywać dość nieprzyjemnych szczegółów głównie natury olifaktorycznej, choć na wygląd sytuacja też nie wyglądała różowo, w sensie dosłownym. Muszę przyznać że trochę spękałem, że niechybnie podczas chwili przyjemności jaką było zmoczenie stóp w płytkim strumyku, nabawiłem się jakiejś afrykańskiej bakterii. Zacząłem już sobie wyobrażać amputację nogi. Wygrzebałem z torby spray do czyszczenia optyki składający się głównie ze spirytusu i zdezynfekowałem czym prędzej palucha. Ruszyliśmy w drogę. Mimo że droga była prosta, nie towarzyszyła nam też obawa ze się zgubimy nie mogłem w pełni czerpać radości z wycieczki. W głowie tłukła się myśl że stan stopy może się pogorszyć i jeszcze wyląduję w szpitalu, co zepsuje nam cały wyjazd. Po paru godzinach dotarliśmy do miejscowości Irhazzoun. Tutaj szlak się rozdziela. Jedna droga prowadzi w samo serce Jebel Sachro gdzie znajdują się przepiękne formacje zwane Needles of Sahro (nazwa mówi sama za siebie), a druga ciągnie się doliną aż do miasteczka Nkob leżącego przy jednej z większych dróg. Mimo że igły skalne były na wyciągnięcie ręki i było już je widać, zrezygnowaliśmy z zapuszczania się głębiej w góry. Ponieważ nie jestem osobą zamożną, oraz jak większość grafików w tym kraju nie posiadam ubezpieczenia, bo pracuję na śmieciówce, stwierdziłem że nie stać mnie będzie na protezę :) i wolę szybko zejść z gór i pokazać moja nogę jakiemuś lekarzowi. Dziś trochę żałuję i trochę mi głupio że tak wymiękłem. Totalnie mnie zaś pogrążyła książka "Ucieczka na Szczyty" w której czytam na przykład o tym jak Kukuczka zdobył Cho You z odmrożonymi palcami i początkiem gangreny. Tak czy owak nawet do Nkob zostało nam jeszcze wiele do przejścia. Późnym wieczorem zupełnie wykończeni schodziliśmy już z górskiego płaskowyżu ku pierwszym zabudowaniom. Mimo że tego dnia zrobiliśmy zdecydowanie największy dystans do miasteczka brakowało nam jescze 10 km. To oznaczało że za dnia raczej nie osiągniemy celu. Znów jednak zaświeciła nasza szczęśliwa gwiazda i  zatrzymał się przed nami busik zmierzający do Nkob, a ponieważ szczęścia tak jak nieszczęścia zwykle chodzą parami to w busiku jechał chłopak pracujący w Alberge, czyli takim tanim hotelu, dokąd od razu się udaliśmy. Mimo że położony w jakiejś bocznej uliczce hotelik w stylu glinianej kasby nie wzbudził w nas żadnych podejrzeń. Doba była dość tania, a pokój naprawdę przyjemny. Ściany z surowej gliny, drewniany sufit i ciepłe światło nocnej lampki tworzyły przytulny klimat. Oboje padliśmy jak kawki na wielkie łózko i natychmiast zasnęliśmy.  Z samego ran poszedłem do szpitala. Mój przypadek nie okazał się chyba zbyt ciężki. Lekarz tylko rzucił okiem i przekazał mnie w ręce pielęgniarki, która zdezynfekowała ranę i przykleiła plasterek. Za wizytę nie musiałem nic płacić, zostawiłem chyba jedynie moje dane z paszportu.


Karawana mułów... tylko na pierwszym zdjęciu


Needels of Saghro





21:12, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lutego 2013
Jak się okazało chłopiec który nam udzielał informacji nie kłamał, i z samego rana parę minut po zwinięciu namiotu i wyruszeniu w drogę ujrzeliśmy z daleka zieloną dolinę i zabudowania. W koncu też moja mapa zaczęła spełniać swoją rolę gdyż charakterystycznie ścięte okoliczne góry były już wyraźnie rozpoznawalne na satelitarnym zdjęciu. Wiedzieliśmy już zatem gdzie jesteśmy i dokąd chcemy się dostać, musieliśmy jedynie uzupełnić zapas wody i mogliśmy śmiało ruszyć w góry. W jednym z domów dostrzegliśmy kobietę robiącą pranie, która z chęcią napełniła nasze butelki. Nie zwlekając ruszyliśmy w drogę szeroką doliną w kierunku Tajalajt . Początkowo niezbyt malowniczy i pustynny krajobraz po przekroczeniu malutkiej przełęczy zmienił się nieco. Po naszej prawej stronie znajdowało się zbocze góry a na dnie urwiska po lewej rozpościerała się malownicza zielona dolina. Szeroka droga nie dawała już szans żebyśmy zbłądzili. Mimo iż wyraźnie przeznaczona był do użytku samochodowego, przez dwa kolejne dni spotkaliśmy na niej tylko parę poruszającą się motorowerem a la "komar" oraz karawanę z objuczonymi osłami. Dolina czasem się zwężała tworząc wąski kanion, to znów rozszerzała. W szerszych miejscach natychmiast pojawiały się pola uprawne, ogrody i palmy, przy których znajdowały się osady złożone z kilku a czasem kilkudziesięciu zabudowań. Kiedy zbliżaliśmy się do jednej z takich miejscowości z daleka zauważyliśmy że na drogę wybiegają dzieci i ustawiają się po drugiej stronie miejscowości. Kiedy w końcu dotarliśmy do zbiegowiska okazało się że czekają na nas z kartonem napojów i słodyczy. Kupiliśmy chyba sobie po batoniku, jedną czekoladę i drugą  którą poczęstowaliśmy wszystkie dzieciaki które tam były. Co ciekawe cena za te frykasy wcale nie była jakaś kosmiczna, mimo księżycowego krajobrazu jaki nas otaczał.
Od tego miejsca dolina robiła się coraz głębsza a ściany kanionu w oddali wyglądały monumentalnie. Kilka kilometrów dalej zrobiliśmy sobie przerwę i wtedy usłyszeliśmy dochodzący z daleka śpiew dziecka. Nie była to jednak piosenka do jakich przywykliśmy, tzn nie wiem do jakich przywykła Rocio jako Argentynka, ale dla mnie było to coś niesamowitego. W zasadzie było to parę powtarzających się słów które nawet nie tworzyły jakiejś konkretnej melodii. Wysoki i czysty głos dziecka nagle się załamywał i stawał się smutny wywołując niezwykłe wzruszenie które wręcz chwytało za gardło. Dla mnie była to jedna z takich chwil które nie tyle zapadają w pamięć co w serce a ich wspomnienie wywołuje dreszcz emocji. Próbowałem nagrać te dźwięki ale mój telefon słabo sobie z tym poradził. TUTAJ jest to co choć trochę nadawało się do odsłuchania i trochę pomiksowane, eh gdybym miał ajfona.
Jeszcze jedna podobnie wzruszająca sytuacja, choć już nie tak bardzo przytrafiła nam się tego samego dnia znacznie wcześniej. Otóż pewien zgarbiony i wysuszony berberski dziadunio, który nas dostrzegł na drodze zatrzymał nas gestem po czym powolutku doczłapał się do kamiennego murka swojego ogrodu, wyciągnął zza pazuchy worek jakichś szarych kamieni i nam je wręczył. Lekko zdziwieni podziękowaliśmy staruszkowi, choć w sumie nie zamieniliśmy ani słowa. Trochę nam zajęło zanim odkryliśmy że te szare pomarszczone niczym twarz naszego dobroczyńcy kuleczki to bardzo wysuszone figi. Mimo pewnych obaw czy nam nie zaszkodzą, bo w sumie nie wiadomo gdzie leżały i kto ich dotykał, skonsumowaliśmy większość po drodze i nic nam nie było.
Od miejsca gdzie słuchaliśmy niezwykłego śpiewu berberskiego chłopca, uszliśmy jeszcze parę kilometrów ale bardziej już z zamiarem szukania miejsca na nocleg. Znaleźliśmy uroczy zakątek blisko drogi, nad strumieniem który się w tym miejscu rozlewał trochę szerzej i posiadał malutka plaże w sam raz na rozbicie namiotu. Od drogi osłaniały nas niewielkie głazy i zarośla zaś drugi brzeg strumienia stanowiła kilkusetmetrowa prawie pionowa ściana. Zanim się całkiem ściemniło, skorzystaliśmy z obecności strumyka w którym ja z wielką ulga zanurzyłem zmęczone stopy. Tego dnia po długim marszu mój mały palec wyglądał jeszcze bardziej koszmarnie, skóra całkiem z niego zeszła z każdej strony, a mimo to, nie wiem jak skoro nie miałem już skóry tworzył się następny pęcherz. I cholernie bolał.
Zjedliśmy tradycyjną kolację, czyli ryż z suszoną włoszczyzną tuńczykiem i sosem instant i poszliśmy spać wspominając jeszcze niezwykły śpiew chłopca.















22:53, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lutego 2013
Po spokojnej nocy w środku pustkowia, musieliśmy się zastanowić co dalej. Mieliśmy ze sobą tylko 3 butelki wody, a z powodu upału poprzedniego dnia i po zrobieniu kolacji nasze zapasy skurczyły się do ok jednego litra. Jak już wspomniałem Rocio zwątpiła w rzetelność mojej mapy (ja wiedziałem że mapa jest dobra, tylko nie wiedziałem gdzie się znajdujemy). Do tego doszedł lęk Rocio przed odwodnieniem, którego ponoć kiedyś doświadczyła dość drastycznie. Jednym słowem musiałem ją trochę przekonywać żeby jednak kontynuować wyprawę. Na szczęście niedługo po wyruszeniu w dalszą drogę w dali ujrzeliśmy namiot nomadów wypasających kozy. Nie skorzystaliśmy tym razem, ale już komfort psychiczny wrócił, że w razie czego... Koło południa dotarliśmy naszą ścieżką do zielonej doliny, z dala też było słychać hałas pracującej pompy. Nie była to chyba żadna z wiosek zaznaczonych na mapie bo dostrzegliśmy tylko jeden dom. Ale to nam wystarczyło. Na polu spotkaliśmy mężczyznę zajętego łączeniem plastikowych rur nawadniających pola i na migi zapytaliśmy czy możemy napełnić butelki. W ten gorący dzień tryskająca ze studni zimna woda była dla nas szczytem marzeń. Mimo to najpierw wypiliśmy reszki z butelki i napełniliśmy wszystkie trzy świeżą wodą. Zapytałem rolnika o drogę do Tagmout, wymawiając nazwę wioski chyba w dziesięciu różnych wersjach i tonacjach zanim zajarzył, i uzyskałem wskazówkę w postaci wyciągniętej na południe ręki. Gdy się trochę oddaliliśmy we wskaznym kierunku szybko trafiliśmy na ta taką samą wąską ścieżkę jaka szliśmy dotychczas. Przystanęliśmy na chwilę by zakropić wszystkie trzy butelki kropelkami odkażającymi, bo mimo że woda była zupełnie klarowna woleliśmy być ostrożni. Przy okazji postanowiłem sprawdzić co się dzieje z moją nogą bo od długiego marszu zacząłem odczuwać ból w małym placu. Jak się okazało buty górskie które kupiłem na ten wyjazd zupełnie nie oddychały mimo że posiadały niby jakąś membranę. To plus upał jaki panował w dzień skutkowało tym ze miałem całkiem mokre skarpetki, a po ich zdjęciu okazało się że mały palec u nogi jest totalnie zmasakrowany, w zasadzie jest jednym wielkim pęcherzem. Po założeniu jakichś opatrunków i zmianie skarpetek ruszyliśmy dalej, ale od tej pory każdy krok był niestety bolesny, zwłaszcza że dźwigałem plecak z namiotem i wodą oraz aparat z 3 obiektywami, myślę że w sumie koło 20 kg. Tego dnia byliśmy pewni że przed wieczorem znajdziemy się w Tagmout. Wchodziliśmy w coraz wyższe góry, wciąż nie spotykając nikogo. W pewnym momencie na dość stromej ścieżce dostrzegłem małą kózkę i wyciągnąłem aparat żeby zrobić jej zdjęcie kiedy zza kamienia wyskoczyło dwóch chłopców wrzeszcząc na mnie jakbym im zabił matkę, oraz z wyciągniętymi rękami po pieniądze. Później wyciągnęli jakieś ozdoby żeby nam sprzedać, ale po takim powitaniu nie miałem ochoty nic od nich kupować. Idąc dalej ścieżką dostrzegliśmy w dole kamienistej doliny duży namiot nomadów oraz kilka wielbłądów wałęsających się w pobliżu. Dopiero jak uświadomiłem sobie jak skromie żyją ci ludzie to pożałowałem, że jednak nie kupiłem jakiegoś wisiorka. W Maroku są jeszcze nomadzi żyjący w grotach niczym jaskiniowcy, widzieliśmy ich jadąc pickupem przez wąwóz Todra. Z reguły są analfabetami, tak jak ich dzieci które nie znają szkoły. Żyją niczym pierwotne plemiona, w jaskiniach bez prądu i techniki, mimo że za rogiem czai się cywilizacja, a kilkaset metrów od ich jaskiń przebiega asfaltowa droga. Podejrzewam ze nomadzi których mijaliśmy w górach Jebel Sachro żyją równie dziko.
Wkrótce dotarliśmy do przełęczy która miała nam wyjaśnić czy jesteśmy bliżej celu. Ale nic nie wyjaśniła, za przełęczą były kolejne góry, i ani śladu wioski. do wieczora pokonaliśmy jeszcze jeden głęboki wąwóz i znów wspięliśmy się na wysokie plateau gdzie w w końcu pogubiliśmy się bo ścieżka zaczęła się rozwidlać. Trafiliśmy na dwa domy z kamienia oba opuszczone i zamknięte na 4 spusty. Nie było kogo zapytać o drogę a wieczór już wyraźnie się zbliżał. Atmosfera zrobiła się trochę nerwowa. Ścieżka zrobiła się całkiem niewyraźna. Żeby nie zgubić drogi co jakiś czas ściągałem plecak i wbiegałem na najbliższe wzniesienia żeby dostrzec którędy wije się ścieżka i z nadzieja ze w końcu dojrzę upragnione Tegmout. Ale za każdym wzniesieniem było następne które zasłaniało widok a za nim następne. Niestety niezbyt dobrze działało to na samopoczucie Rocio. Za którymś razem dostrzegłem w oddali drogę, a było naprawdę późno. Poszliśmy w tamtym kierunku i zatrzymaliśmy się. Ściągnęliśmy plecaki i znów puściłem się biegiem, tym razem znaleźć jakieś miejsce na biwak bo już zmierzchało. Podobnie jak poprzedniego dnia dno wyschniętego strumienia okazało się najlepszym rozwiązaniem. Kiedy wracałem po Rocio dostrzegłem że gada z jakimś ciemnoskórym bosym chłopcem w szortach, który dosiadał nieco za dużego nie niego roweru typu ukraina. Już po minie Rocio poznałem że wszystko będzie dobrze. Okazało się że jesteśmy o pół godziny drogi od Tagmout. Rozbiliśmy namiot w miejscu które znalazłem, zjedliśmy kolację i spokojnie poszliśmy spać.
*Tego dnia miałem też wyjątkowe szczęście, bo podczas jednego popasu pod olbrzymim głazem znalazłem w ziemi okrągły kawałek metalu przypominający guzik z wytłoczoną gwiazdą Dawida. Tak właśnie wtedy myślałem że pewnie to jakiś guzik, ale schowałem do plecaka jako ciekawą pamiątkę. Niedawno przyszło mi do głowy żeby sprawdzić co to może być i okazało się że znalazłem wtedy "falusa" czyli monetę z brązu z okresu króla Mohameda IV 1859-83r.


Namiot nomadów i pełna energii Rocio.


Jedno z niewielu ocienionych miejsc na szlaku. Tu właśnie znalazłem monetę.


Przekraczamy wąwóz.


Płaskowyż na którym gubimy orientację.
15:30, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2013
Tą egzotyczną nazwę noszą pustynne góry leżące w paśmie Antyatlasu, który jest równoległy do gór Atlasu ale bardziej na południe, w związku z tym jest tam znacznie bardziej sucho i gorąco. Naszą przygodę z tymi górami zaczynamy w miejscowości El Kelaa M Gouna, gdzie z Erfourt dotarliśmy bezpośrednim autobusem jadącym dalej do Ouarzazate. Gdy wysiadaliśmy było już dość późno, mimo to dopadł nas młody chłopak z apaszką na szyi i w górskim obuwiu, ale powiedzieliśmy mu że już wybraliśmy hotel "Grand Atlas" o którym czytaliśmy w LP. Okazało się że w tym właśnie hotelu pracuje i  zaoferował nam swoje usługi jako przewodnik górski, na co nic nie odparliśmy, bo już przecież mieliśmy własną mapę ściągniętą i posklejaną z google maps i wydrukowaną na atramentówce. Hotel okazał się dość obskurny. Ciemne malutkie pokoje z okienkami wychodzącymi na korytarz, i okropne prysznice. Trzeba jednak przyznać że specjalnie dla nas rozpalono ogień pod kotłem więc nawet przepraliśmy trochę rzeczy, bo w perspektywie czekało nas kilka dni pod namiotem i z ograniczonym dostępem do takich wygód jak prysznic. Rano poszliśmy w miasto a raczej miasteczko po kilka niezbędnych rzeczy tj. papier toaletowy, wody w buteklach, tuńczyki w puszkach, czekolady i chleby. Opuszczamy hotel koło 11 i kierujemy się pieszo do wioski Ait Youl. Gdy tam docieramy po południu totalnie gubimy się w labiryncie glinianych budynków. W dodatku na ulicach nie ma żywej duszy chyba z powodu skwaru. W końcu zauważyliśmy kolesia na motorowerku i rzuciliśmy się za nim, bo byliśmy już nieco zdesperowani. Na szczęście, sam zatrzymał się niedaleko i zgasił motor. Jeszcze większym fuksem okazało się że mówił po włosku, a od włoskiego do hiszpańskiego jak się okazało nie jest tak daleko więc zaczęli gadać z Rocio jakimś włosko hiszpańskim esperanto, z którego ja nic prawie nie rozumiałem. Zrozumiałe tylko że mamy iść za nim więc kamień spadł mi z serca. Jak się okazało gliniane zabudowania to był tylko początek labiryntu jaki był do przejścia i gdyby nie nasz nowo poznany przewodnik nigdy byśmy nie dotarli na druga stronę wioski. Otóż wioska ta leżała po dwóch stronach rzeczki, która nawadniała szeroki pas ogrodów poprzecinanaych licznymi kanałami i strumieniami. Odnalezienie właściwej drogi a właściwie wąskiej ścieżki, prowadzącej przez liczne mostki i kładki w tym labiryncie ogrodów i poletek byłoby chyba niemożliwe na własną rękę. W końcu dotarliśmy na drugą stronę wioski leżącej na przedgórzu Jebel Sachro. Nie skorzystaliśmy z zaproszenia na herbatę, gdyż uparłem się żeby iść puki jest jasno i trochę mi było później wstyd bo to był szczery gest. Z wyborem drogi prowadzącej w kierunku Jebel Sahro też nie było łatwo. Szersze drogi przeznaczone dla pojazdów rozchodziły się gdzieś, na boki a my musieliśmy zmierzać dokładnie na południe. W końcu znaleźliśmy się na wąskiej ścieżce i z pewną obawą zaczęliśmy marsz w nieznane. (moja mapa internetowa nie była zbyt dokładna, a zwłaszcza w tym rejonie nie można było dostrzec żadnych charakterystycznych szczegółów topologii) Daleko za naszymi plecami widać było ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego, a przed nami widok zasłonięty był przez górski grzbiet. Za nim spodziewaliśmy się znaleźć pierwszą wioskę jaka widniała na mojej mapie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze starszego Berbera z osiołkiem, z którym kompletnie nie potrafiliśmy się dogadać (z Berberem nie z osłem). Zdołał chyba jednak wyłowić z moich słów nazwę jednej z miejscowości, a mianowicie Tagmout, które leży u stóp Jebel Sachro. Zaczął potakiwać głową i wskazywać ręką wybrany przez nas kierunek, co nas trochę pocieszyło, ale zaraz dodał "du, trła żur" co mnie trochę zbiło z pantałyku, bo z mojej "profesjonalnej" mapy wynikało że z Ait Youl skąd wyszliśmy przed kilkoma godzinami do Tagmout jest niewięcej niż 20 km, przyjmując zatem prędkość marszu 5km na godzinę, no może 4 bo byliśmy z plecakami dotrzemy tam jeszcze tego samego dnia, maksymalnie następnego. Pożegnaliśmy dziadka i ruszyliśmy z kopyta. Gdy dotarliśmy do pierwszej przełęczy i spojrzeliśmy w dół zamiast wioski ujrzeliśmy sporą równinę, oczywiście całkowicie pustynną i kamienista i pozbawioną jakichkolwiek śladów ludzkiej egzystencji, nie licząc ścieżki która przecinała to pustkowie na pół i znikała za kolejnym grzbietem gdzieś na horyzoncie. Rocio na ten widok opadła kopara i już zaczęła poddawać w wątpliwość moją cudowną mapę. Zaczęliśmy jednak schodzić stromym zboczem na dno równiny żeby poszukać miejsca na biwak, co nie było ostatecznie takie znów łatwe bo wokół pełno było skał. W końcu trafiliśmy na wyschnięty górski strumień i tam rozbiliśmy namiot, w przytulnym miejscu na dnie koryta na miękkim żwirze między skalnymi głazami.


CENNA MAPA -MADE IN HAND, trasa i nasze biwaki.


Zajeciem tych panów jest rozładowywanie bagażników autobusowych, gdzie często przewożone jest zaopatrzenie do mniejszych miejscowości. Sufit w hotelu "Grand Atlas".


Wchodzimy do Ait Youl,


Szeroka drogę, zamieniamy na wąską ścieżkę.


Widok z przełęczy - pustkowie. Pierwszy biwak.


Przepiękny zachód słońca na osłodę, niedaleko namiotu

19:31, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 stycznia 2013
W Tinejdad doznaliśmy lekkiego zawodu gdyż okazało się że pierwszy autobus do Arfoud jest dopiero o 17ej, a stamtąd i tak zostaje nam jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do Merzougi gdzie zaczynają się pierwsze wydmy Sachary. Idziemy na stopa by nie marnować czasu i zaraz łapiemy starego rozklekotanego citroena 2cv vana. Niestety jedzie on do pięknie brzmiącej miejscowości Errachidia, a my chcemy dostać się najkrótszą drogą do Arfoud więc po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów opuszczamy wspaniały pojazd na rozwidleniu dróg.
Jak sie okazuje nie jesteśmy jedynymi autostopowiczami w tym odludnym miejscu. Oparty o barierkę stoi ubrany jak najbardziej po europejsku facet z małym tobołkiem. Przyznam szczerze że trochę się zmartwiłem że będziemy mieć konkurencję, ale wkrótce okazało się że było zupełnie na odwrót. Nasz nowy towarzysz okazał się Marokańczykiem o jakże charakterystycznym imieniu Abdul. Podróż z nim była nie tylko przyjemna ale i ciekawa ponieważ mówił całkiem nieźle po hiszpańsku. Jak się okazało także jechał do Merzougi i mniej więcej w połowie drogi zaproponował nam wycieczkę na grzbiecie wielbłąda wgłąb pustyni z noclegiem i kolacją w oazie należącej do jego brata. Propozycja nie była absolutnie nachalna i jak powiedzieliśmy ze się zastanowimy to przez cała drogę Abdul nie wspomniał już o tym. Cena 300 dircham nie wydała nam się wygórowana, a perspektywa przejażdżki na wielbłądzie bardzo kusząca. Przed ostatnią zmianą transportu powiedzieliśmy Abdulowi że chcemy jechać. W miejscowości Risani tuż przed Merzougą przesiedliśmy się więc do busika który normalnie zawoził pracowników hoteli położonych wokół wydm do pracy.
 Jescze tego samego wieczora dosiedliśmy naszych dostojnie wyglądających wielbłądów (ale tylko z daleka, bo z bliska były poobdzierane, sfilcowane i brudne, jakby nikt o nie nie dbał) i wyruszyliśmy wgłąb pustyni. Na wielbłąda można zabrać tylko śpiwór i mała torbę reszta bagażu została w gospodzie. Do oazy dotarliśmy po ok godzinie jazdy tudzież marszu, bo prowadził nas idąc pieszo Abdul, gdy już zmierzchało. Trochę byłem zawiedziony pokonanym dystansem, za nic nie byłem sobie w stanie wyobrazić że znajduję się w sercu pustyni. Dodatkowo w promieniu kilkuset metrów znajdowało sie jeszcze kilka takich obozów w lokalnym języku noszących nazwę"haima". Nasza haima składała się z kilku namiotów i palm, studni, oraz zainstalowana już tam była grupa turystów z Polski a częściowo ze Słowenii. Spędziliśmy całkiem miły wieczór przy ognisku z muzyką graną na bębenkach przez młodziutkiego Mochameda, zjedliśmy kolację w specjalnym namiocie stołówkowym, i poszliśmy spać do namiotów sypialnych. Wszystkie namioty wykonane były z wielbłądziej wełny, z tego samego materiału były też nakrycia, choć nam wystarczyły śpiwory. Także djellaba, czyli długa szata z kapturem, którą nosił Abdul zrobiona była z tej grubej i ciężkiej wełny. Wcześnie rano wstaliśmy z Rocio i wdrapaliśmy się na najwyższą w okolicy wydmę, by obejrzeć wschód słońca, który według turystek z Polski miał być mistycznym i estetycznym przeżyciem. Dla mnie nie był, dla mojego aparatu też nie. Później wróciliśmy z Mohamedem do gospody.
 Kiedy zsiedliśmy z wielbłąda odbyła się niestety scena jakich nie lubię, otóż Mochamed rozłożył przed nami koc z pamiątkami wykonanymi z lokalnych czarnych skał zawierających amonity i rozpoczął się handel. Początkowo stawką miał być mój puchowy śpiwór, ale w końcu wytłumaczyłem mu że to nie wchodzi w grę bo przed nami podróż. Ostatecznie wyszliśmy z całego dealu dość obronna ręką kupując jakieś małe i tanie kamyki w sam raz na pamiątkowy podarek.
 I tu przykrości by się skończyły gdyby nie wścibskość pary ze Słowenii i mój brak dyskrecji. Nie wiem czy zauważyli, że Abdul inaczej nas traktuje, czy powód był inny w każdym razie zapytali nas o cenę naszej wycieczki. Nie kłamałem, ale też dodałem że z Abdulem hitchaikowaliśmy cały dzionek więc mogła to być cena trochę po znajomości. No i zaczęło się. Słoweniec poszedł się kłucić z właścicielem, bo oni zapłacili 500 (jak zresztą wszyscy), do mnie zaś przyleciał Abdul z pretensjami że się wygadałem. Uspokoiło się jak pojechali, choć nie do końca bo brat Abdula i właściciel interesu w jednej osobie patrzył na mnie spod byka jeszcze przez parę godzin. W końcu jednak i jemu przeszło, wtedy podszedł do nas i powiedział że nic się nie stało.
Dlaczego nie pojechaliśmy z wszystkimi? Naszym marzeniem od początku było spędzenie nocy na pustyni, ale na własną rękę. Abdul powiedział nam że nikt nie będzie miał nic przeciwko. Poszliśmy więc trochę zapoznać się z wydmami zabierając ze sobą tylko aparat i butelkę wody, zaś z kuchni dostaliśmy jeszcze suchy chleb żeby nakarmić wielbłądy. Bez pośpiechu spacerowaliśmy po okolicy, nakarmiliśmy wielbłady, a wieczorem wzięliśmy namiot i plecaki by zabiwakować pośród wydm. Dodatkowo zachód słońca okazał się dużo piękniejszy od wschodu. Mimo porannych nieprzyjemności był to wspaniały dzień. Następnego dnia rano piechotą dotarliśmy do głównej drogi gdzie złapaliśmy Grand Taxi do Arfoud.
PS. Muszę jeszcze wspomnieć o pewnym zabawnym zdarzeniu. Otóż Rocio wpadła w oko pewnemu Beduinowi, niebrzydkiemu zresztą mówiąc obiektywnie (oboje zapamiętaliśmy jego niesamowite czarne oczy z długimi i gęstymi rzęsami , przez co kojarzyły nam się z oczami wielbłąda). W pewnym momencie podszedł do mnie i zapytał czy nie chciałbym zamienić narzeczonej właśnie na pięć wielbłądów. Myślę że żartował choć pewności nie mam. Powiedziałem ze się za słabo znam na wielbłądach i odrzuciłem propozycję. Może zbyt pochopnie :)


Czekając na stopa można napić się herbaty, zwłaszcza jeśli stolik stoi metr od jezdni/ Taras w gospodzie.


Jedziemy do oazy.


Fragment oazy / Rocio na wielbłądzie, Mohamed... o jest i mój śpiwór.


Ruiny hotelu niedaleko gospody


Spacery po wydmach


Karawana z turystami


Tu kręcił swój film Steven Seagal, autentyk, Abdul poakzywła nam zdjęcia z planu gdzie cały personel hotelu robił za statystów.


Nasz kamping wśród wydm i mój wielbłąd, którego nie chciałem zamienić za nic na świecie.


Mini burza piaskowa / Karmienie wielbłądów


piątek, 28 grudnia 2012
Po drodze do domu i już w mieszkaniu Inklef opowiedział nam historię swojej emigracji. Nie mając grosza przy duszy wślizgnął sie do kontenera którym dostał się do Barcelony. Nie wiem jak mu się udało ze nie został złapany. Przez pierwsze dni mieszkał na ulicy i nic nie jadł. Wybawienie nadeszło samo, i spotkał Marokańczyka który mu pomógł, nakarmił, i w końcu znalazł pracę zupełnie bezinteresownie. Obecnie od kilku już lat pracuje legalnie jako pracownik leśny. W Tinghirze kupił działkę i rozpoczął budowę domu. W kółko podkreśla jak dobrze jest zdać się na opatrzność, zaryzykować i zdać się na łaskę losu. Co mnie trochę zdziwiło nie przypisywał tych przypadków Bogu, raczej przewijało się stwierdzenie "takie jest życie". Później zauważyłem że Berberowie albo nie są szczególnie religijni, albo się z tym nie afiszują, ale może dla tego są tak wspaniale gościnni.
Z faktu że "takie jest życie" kożystaliśmy już drugi raz w Maroku, więc ciężko nam było się niezgodzić z Inklefem, zwłascza kiedy jego żona postawiła przed nami na niskim stoliczku (jedynym meblu w całym mieszkaniu) michę pełną ryżu z warzywami i kawałkami kurczaka. W piątkę, bo do uczty dołaczyła się jeszcze córka, zaczęliśmy jeść z jednej miski, uważając żeby nie zjeść za dużo kurczaka, którego jak zauważyłem każdy osczędzał na koniec tudzież dla innego biesiadnika.
Mieszkanie Inklefa mimo że znajdowało się niedaleko centrum miasta, niewiele różniło się od wiejskiego baraku Mohameda. Tak samo pozbawione mebli, zagracone kocami i jakimiś kartonami upchniętymi pod ścianą. Kiedy po wieczerzy rozmawialiśmy jeszcze z Inklefem, jego córka do 10 siedziała z nosem w książkach i wtedy pomyślałem że uczniowie nie mają w Maroku łatwego życia, bo juz od podstawówki muszą sie uczyć 3 języków i 3 alfabetów, berberskiego, arabskiego i francuskiego.
Rano Inklef z dużym trudem zapisał nam swój adres, który kopiował z jakiegoś rachunku chyba na zasadzie przerysowywania obrazków bo zajęło mu to ze 20minut (mam nadzieję że zdjęcia które mu na ten adres wysłałem doszły). Odprowadził nas na postój Grand Taxi gdzie za wszelka cenę chciał nam pomóc w znalezieniu transportu, co już wtedy nie było nam specjalnie potrzebne, bo sami poradzilibyśmy sobie bardzo dobrze. Gdy już się rozstaliśmy mając zaklepaną przez Inklefa taksówkę, podziękowaliśmy kierowcy przeszliśmy na drugą stronę ulicy i wsiedliśmy w autobus który właśnie odjeżdżał do Tinejdad, czyli dokładnie w naszą stronę.


13:59, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2012
Po raz pierwszy stanęliśmy na drodze w marokańskich górach by łapać stopa. Trasa z Kasba Tadla do Tinghir gdzie zamierzaliśmy dotrzeć jest raczej mało uczęszczana. Po jakimś jednak czasie zatrzymał się osobowy ford transit który zabrał nas do Imilchil.  Zresztą van ten był przygotowany nie tylko do przewozu osób, w otwartej klatce na dachu vana wygodnie podróżowała cała gromadka kóz. Ten transport był płatny ale niedrogi. W Imilchil wylądowaliśmy w południe. Przed miejscowością znajdują sie dwa przepięknie położone górskie jeziora z którymi wiąże się legenda nieszczęśliwej miłości, i które niestety podziwialiśmy tylko przez szybę busika. Miasteczko wyglądało na opuszczony niewielki kurort. Kilka knajpek i pensjonatów, my zaś jedyni turyści. Do dziś chyba odbywa się tu tzw targ albo festiwal małżeństw, i chyba on jest główną atrakcją przyciągającą turystów. Na takim targu rodzice prezentowali swoje córki które były na wydaniu młodzieńcom z odleglejszych wiosek. Było to bardzo praktyczne ze względu na duże rozproszenie i niewielkie populacje berberskich osad. Dziś pewnie już mniej potrzebne, choć kto wie, tak jak znam pary które poznały się na dożynkach taki i na tym folkowym festiwalu zapewne nadal dochodzi do wzajemnych zakochań.
Ponieważ ani ja nie szukałem żony ani Rocio męża postanowiliśmy ruszać dalej zanim senna atmosfera miasteczka nami zawładnie. Okazało się to nie takie proste. Właścicielowi jedynej taksówki oraz hotelu chyba bardziej zależało na tym żebyśmy jednak zostali na noc, i ciągle nam obiecywał ze zaraz zbierze się odpowiednie liczba osób żeby ruszyć do Tinghir, mimo że koło taksówki od dwóch godzin nie pojawił się choćby pies z kulawą nogą. Zdecydowaliśmy się na autobus, który podwiózł nas zdaje sie do Agoudal ok 100 km przed Tinghirem. Zdawało nam sie ze właśnie oto znaleźlismy się w najczarniejszej z czarnych dup. Kierowca autobusu podwiózł nas kilka km poza miasteczko gdzie znajdował sie poensjonat Afoud i gdzie poznaliśy Nacera, sympatycznego chłopaka z którym popijając herbatę przez wiele godzin wlepialiśmy gały w pustą drogę czekając na jakąś okazje.
Po paru godzinach przemknął camper na holenderskich blachach, po kolejnych godzinach pojawił się drugi samochód. Znów wybiegliśmy na drogę i tym razem Marokański pickup się zatrzymał. Nacer nie przyjął pieniędzy za herbatę i życzył nam powodzenia i powrotu. Wrzuciliśmy plecaki na pakę i zaczęliśmy szaloną jazdę przez góry atlasu przy zachodzącym słońcu. Tuż przed Tinghirem, przejeżdżaliśmy przez kanion Todra, jedną z większych atrakcji Maroka, co jakiś czas mijając rzędy straganów i wycieczkowe autobusy. Marokańscy chłopcy z miasta poprzebierani za Emo wzbudzali w nas rozbawienie, ale i oni patrzyli na nas jak na niezłe okazy. My zaś cieszyliśmy sie że nie wybraliśmy sobie tego miejsca jako punkt zwiedzania tylko zaliczamy je ot tak przy okazji. Zaraz za kanionem, kierowca nas wysadził oczywiście o żadnej zapłacie nie chciał słyszeć. Ponieważ było już prawie ciemno a do centrum na oko było dość daleko podeszliśmy do pierwszych dwóch osób w zasięgu naszego wzroku żeby zapytać o jakiś tani pensjonat w okolicy. Ku naszej radości jeden z dwóch mężczyzn świetnie mówił po hiszpańsku i natychmiast wynikła z tego dyskusja, której ni jak nie dało się zakończyć na ulicy i w ten oto sposób na kolację i na noc wylądowaliśmy w domu Inklefa.


Widok na góry w kierunku Imilchil o poranku zanim złapaliśmy stopa.


Opustoszałe i senne Imilchil


Agoudal


Nacer, nie wiem czy to on nam czy my jemu dotrzymywaliśmy towarzystwa.


Podziwiamy Atlas Centralny z paki samochodu. Prujemy chyba setką więc troche wieje, ale mamy ciepłe czapy, kurtki karton soku pomarańczowego. Pełen komfort


Jeden z widoków


Wylot kanionu Todra. Dla nas, okropna komercha :)
niedziela, 05 sierpnia 2012
Na początek polecam film, który może być bardzo inspirujący, a dla tych co znają francuski również edukacyjny. (a francuski powinien znać każdy, o czym uświadomiła mnie ekspedientka z monopolowego kiedy kupowałem papierosy Vogue. Jak wypaliłem że proszę Wogi, to dostałem twardą reprymendę: czy pan się nie uczył francuskiego, mówi się Wołże... No cóż, nie wiedziałem że pani z tego zakapiorskiego sklepiku skończyła filologię romańską). Ale oto film:
https://vimeo.com/5740313
Ja wyciągnąłem z niego jedynie tyle ze budowle na skalnej ścianie są spichrzami. Oczywiście nie takimi zwykłymi bo te prościej byłoby zbudować na płaskim terenie. Ich lokalizacja w tak trudnym wręcz niedostępnym terenie miała chronić je przed grabieżą, podczas wojen prowadzonych przez plemiona berberskie.
My także mieliśmy pewne problemy z dotarciem w tamto miejsce, co znaczy że chyba dobrze je ukryli. To że wiedziałem już jak wymówić Grenier de falaise d'Aoujgal, nie wiele by nam pomogło (a może źle to wymawiałem) bo, jak pytałem Mohameda to nie wiedział o co mi chodzi, podobnie jak inni. Być może nie znali zbyt dokładnie tego miejsca, jego przeznaczenia, albo francuskiej nazwy. Uratowała nas kartka na której wydrukowałem zdjęcie klifu. Tylko dzięki niej Mohamed zorientował się o co nam chodzi i wspaniałomyślnie zawiózł nas na targ w Bouthferda, które leży kilkanaście kilometrów od naszego celu. To że akurat trafiliśmy na dzien targowy okazało się bardzo sprzyjające, bo bardzo szybko złapaliśmy stopa i transport na załadowanym zbożem pickupie. Jak się okazało idąc pieszo przeszliśmy jedno rozwidlenie na samym początku drogi. Mężczyżni którzy nas zgarnęli, wyładowali wory z ziarnem, i podwieźli nas na sam szczyt klifu, nadrabiając w sumie ponad 20 km. Oczywiście gdyby nie kartka ze zdjęciem nigdy nie wytłumaczylibyśmy dokąd chcemy jechać. Miejsce w którym trzeba zjechać z drogi wskazali nam młodzi chłopcy wyglądający jak pastuszkowie z jakiegoś filmu o Jezusie. Tutaj jedyny raz nasz szofer poprosił nas byśmy odpalili parę dirham bosonogim pasterzom. Kiedy dotarliśmy na miejsce i chciałem im też dać 10 czy 20 dirham nie chcieli nawet o tym słyszeć, mimo że fatygowali się tu specjalnie dla nas. Chcieli jedynie zrobić sobie z nami zdjęcie. W takich momentach żałuję że nie mam jakiegoś polaroida bo chętnie dał bym im od razu odbitkę, zamiast tylko pokazać na wyświetlaczu. (wiele fotek i tak powysyłałem do Maroka)
Wspólnie zeszliśmy wąską ścieżką na poziom szczeliny w klifie w której znajdowały się spichrze. Po dotarciu do pierwszych kamiennych budowli nasi towarzysze się pożegnali, i wrócili do auta. Zostaliśmy z Rocio sami na skalnym urwisku. Ukryliśmy plecaki w cieniu i powoli zaczęliśmy posuwać się wzdłuż skalnej półki. Czasami przejścia między ścianą spichrza a krawędzią przepaści były tak wąskie że trzeba było przywierać do ściany i przesuwać się bokiem. Tam gdzie nie było spichrza półka robiła się szersza, zdarzały się nawet skrawki trawy. Najgorsze były miejsca gdzie przejście było tak wąskie, że ktoś wpadł na pomysł by poszerzyć skalną półkę przy pomocy deski lub gałęzi leżących na wystających spod kamiennych konstrukcji drewnianych belkach. Nigdy w życiu nie postawiłbym stopy na tak niepewnym podłożu, dlatego przytrzymując się ściany albo framugi okna przechodziliśmy te momenty starając się stąpać po skale. Muszę przyznać że w takim momencie strach o własną skórę był niczym w porównaniu ze strachem o Rocio. Normalnie żałowałem że ją ze sobą wziąłem, choć radziła sobie bardzo dobrze. Ale świadomość że wystarczy jakieś potknięcie, zawrót głowy i może zaliczyć 50 metrowy lot momentami rozsadzała wprost czaszkę.
W połowie klifu skalna półka nagle się kończy ale kilka metrów dalej znów się zaczyna i znów pojawiają się spichrze. Dostęp do nich znajduje się jednak na drugim końcu skalnej ściany. W tym miejscu postanowiliśmy sobie zrobić dłuższy postój. Przez parę godzin kontemplowaliśmy to niesamowite doświadczenie przestrzeni i piękna krajobrazu. Daleko pod nami wiła się rzeka, widać też było kilka domostw. Kilkaset metrów od nas u stóp skalnej ściany zanotowaliśmy kilkadziesiąt poruszających się czarnych punktów, to przecież stado kóz, zupełnie niesłyszalne z tej odległości. Po drugiej stronie doliny widać było inną pionową ścianę podobną do tej na której się teraz znajdowaliśmy, a za nią białe ośnieżone szczyty wyższych gór Atlasu Wysokiego. Przez te parę godzin nikt i nic nie zmąciło panującej ciszy.
Zastanawialiśmy się czy noc mamy spędzić na skalnej półce. Przy ścieżce prowadzącej na szczyt ściany jest trochę ziemi i wystarczająco miejsca na rozbicie namiotu, ale trochę się baliśmy co będzie jeśli zerwie się silny wiatr. Ostatecznie wyszliśmy na szczyt klifu i znaleźliśmy miejsce niedaleko drogi ale zasłonięte niewielkim wzniesieniem. Tej nocy już nikt nam nie zakłócił spokoju. Rano wewnętrzna strona tropiku pokryta była szronem. Opuszczając miejsce mieliśmy moment wahania czy nie wrócić na skalną ścianę, bo przeżycie popzedniego dnia było ogromne. Postanowiliśmy jednak ruszyć w dalszą drogę w kierunku Imilchil i ośnieżonych szczytów.


Targ w Bouthferda


Dość wygodny transport na worach ze zbożem


Nasz kierowca z kolegą, a w tle klif z widoczną pionową rysą gdzie znajdują się spichrze.


Ścieżka w dół klifu


Zaglądamy do każdej dziury


Wnętrze spichlerza.


Drewniane przejście dla ludzi o nerwach ze stali, my staraliśmy się nie dotykać tych deseczek.


Dalej na luzie


Ostatni spichlerz z tej strony klifu, piękna ekspozycja i krajobraz.

piątek, 27 lipca 2012
Wcześnie rano wyjechaliśmy z Marakeszu. Rocio w końcu odczuła ulgę. Oprucz nas w autobusie jest jeszcze sporo podróżników z naszych kręgów cywilizacyjnych, ale jestem pewien że jadą raczej do Fezu. Rzeczywiście wysiadamy sami w Kasaba Tadla, co nas bardzo cieszy, bo oboje wolimy mniej uczęszczane szlaki. I od razu czeka nas zimy prysznic bo nie mamy dalej autobusu. Musimy skozystać z tradycyjnej i bardzo popularnej metody transportu jaką jest ...nie karawana, a grand taxi, czyli mercedes beczka. Trochę nieufnie zbliżamy się do parkingu z taksówkami, bo wyobrażamy sobie że zaraz bedą chcieli nas naciągnąć. I nie mylimy się, próbują nas przekonać że nikt tam nie jedzie i musimy wziąć całe auto. Upieramy się że chcemy "compartager" czyli współdzielić, choć wokół rzeczywiście jakoś mało luda i trzeba będzie chyba sporo zaczekać na współtowarzyszy. Ogólonie strasznie się rzucają i krzyczą i nie robią dobrego wrażenia. Po naszej deklaracji idziemy gdzieś na bok w cień i czekamy na rozwój wypadków. Po godzinie wołają nas na taksówkę w której znajdują się już dwie osoby. (W grand taksi z reguły podróżuje się w 6 osób plus kierowca, dwie osoby na miejscu pasażera i 4 z tyłu. Chodzi o to by było jak najtaniej. Najczęściej próbuje się naciągnąć turystów proponując przejazd pustym autem, wiadomo że zapłacimy wtedy jak za 6 osób. Cena zależy od tego jak sie umówimy, warto podglądać ile inni płacą, o ile jada w to samo miejsce. Z jednym spotkanym francuzem ustaliliśmy ze tak normalnie przy komplecie osób to jest ok 4-5 dirham za 10 km ).
W Ksibie znów czekamy. Na postoju znajduje się dość dziwna kasa, drewniany antyczny stół a na nim przyciśnięte kamieniem banknoty. My też dorzucamy do puli chyba ok 15 dirham/os, a konto transportu do Tizi Nisli. Czekamy już parę godzin i nic nie nadjeżdża. Słońce coraz niżej i nachodzą nas myśli że chyba spędzimy tu noc. W końcu podbiega jakaś kobieta i macha na nas ręką, żebyśmy się pospieszyli, wyciąga też kasę spod kamienia i nam ją zwraca. Pakujemy się do busika i natychmiast ruszamy. Na rozstaju dróg przed Tizi Nisli opuszczamy busik. Jest już mrok, więc czym prędzej szukamy miejsca na postawienie namiotu. Polną drogą okrążamy ogrodzony sad i stawiamy namiot na polu. Miejsce wydaje sie nam spokojne i bezpieczne. Długo wpatrujemy się w gasnące niebo i w gwiazdy i idziemy spać. Tuż przed północą budzą mnie jednak czyjeś kroki. Wyskakuję jak oparzony z namiotu i celuję latarką w stronę ogrodzenia. Nikogo nie widzę. Rocio też się budzi. Właśnie dochodzimy do wniosku że pewnie to jakiś cieć z sadu, kiedy zza zakrętu powoli wyjeżdża auto. ślimaczym tempem objeżdża ten kawałek pola na którym się rozbiliśmy i wraca w kierunku drogi. Trochę nas to zbija z pantałyku. Nie znamy jeszcze dostatecznie mentalności Marokańczyków i nie wiemy czego można się spodziewać w takiej sytuacji. (W Polsce byłoby to jasne jak słońce. Trzeba brać nogi za pas, bo kolesie z dyskoteki szukają okazji żeby kogoś sklepać). Dla bezpieczeństwa zwijamy namiot i postanawiamy poszukać innej miejscówki. Wychodzimy na główną drogę i idziemy z zamiarem wskoczenia w pierwsze w miarę, odludne i osłonięte od widoku miejsce. Wtem za naszymi plecami pojawiają się światła samochodu który powoli się zbliża. Postanawiamy nic nie robić, ani nie uciekać ani nie zatrzymywać, po prostu idziemy sobie z wielkimi plecakami na spacerek pośrodku Atlasu Wysokiego o 12 w nocy. Chyba nie dziwne. Podczas wyprzedzania, samochód najpierw zwalnia zrównując się z naszym krokiem, a następnie zatrzymuje. Otwierają się drzwi pasażera, a w środku zamiast ekipy dresów, jeden starszy pan w narciarskiej czapce. Uśmiecha się do nas i pyta po francusku dokąd idziemy? (Wiem że po francusku bo zdawałem z niego maturę, natomiast, resztę zgaduję). Przy pomocy jednego słowa "tent" udaje się wytłumaczyć że szukamy miejsca na rozbicie namiotu, po czym zostajemy zaproszeni do auta. Dziadek jest naprawdę miły, ciągle coś mówi, a moje szare komórki od francuskiego, które od czasu ogólniaka miały wakacje, zwijają się teraz z wysiłku. Powoli zaczynam kumać że zaprasza nas do domu, i tłumaczę to z kolei Rocio na hiszpański. Na początku chcemy wysiąść nad rzeką, ale szybko ustępujemy. Dom Mohameda, bo tak gospodarz ma na imię (tak zresztą ma na imię 50% Marokańczyków płci męskiej, a drugie 50 -Abdul) przypomina mi z zewnątrz magazyn nie widzę żadnych okien, a w środku nie ma żadnych mebli. Musimy przejść przez sypialnię w której na podłodze śpi cała rodzina Mohameda. Za chwilę do naszego pokoju wchodzi żona Fatima i córka Hadisha. Mimo późnej pory i tego że musiały wstać z łóżka wogóle nie czuć żeby je to zdenerwowało, wręcz przeciwnie traktują nas bardzo miło i się uśmiechają. W kilka minut wykonują dla nas posłanie z kilku grubych koców. (Teraz się trochę dziwię że zrobili nam jedno posłanie. Albo wzięli nas za małżeństwo, albo Berberowie nie są aż tak radykalni. Marokończycy Arabskiego pochodzenia dziwili się bardzo że śpimy w jednym namiocie.) Szybko zasypiamy pod grubymi i ciężkimi kocami, szczęśliwi ze tak skończyła się ta noc.
Kiedy wstajemy wszyscy są już na nogach i od razu zapraszają nas o małego stoliczka na którym juz czeka śniadanie. Charakterystyczny duży okrągły i płaski chleb, smakuje tak samo jak polski chleb robiony na zakwasie (a nie na jakichś polepszaczach). Do tego serek topiony i pyszny miód. I oczywiście herbata. Nie wiem jak to możliwe, ale mimo trudności językowych (ja mówię odrobinę po francusku, widać przez noc się coś ruszyło w łepetynie, Hadischa trochę po angielsku) spędzamy kilka wspaniałych godzin, a śmiechu jest co niemiara. Przy okazji zauważyłem że kobitki choćby nawet były z antypodów i mówiły innymi językami to i tak się rozumieją w jakimś uniwersalnym kobiecym alfabecie, i okazują sobie tyle czułości jakby się znały od lat. W końcu jednak musimy ruszać na poszukiwania naszych upragnionych skalnych spichrzy, ale nie chce się wychodzić. Przed wyjściem Rocio otrzymuje jeszcze piękną chustę na głowę i wielki bochen chleba. Nie wiemy co powiedzieć na tę dobroć. Mohamed jescze oferuje nam podwiezienie do miejscowości Bouthferda,gdzie akurat jest dzień targowy. Stamtąd jak mówi na pewno złapiemy jakiś transport w kierunku naszych spichrzy. Przed rozstaniem oferuję jeszcze Mohamedowi 50 dirham, choć wiem przecież że Mohamed nie dla pieniędzy nas zaprosił. Oczywiście odmawia, tylko zaprasza nas do siebie kiedy będziemy wracać, i wręcza jeszcze na drogę kilka jabłek.


Kasaba Tadla, widok sprzed dworca autobusowego, po lewej postój grand taxi


Ksiba


Posłanie z koców, wygodne i ciepłe, w nocy na dworze temperatura -5 stopni (Wiemy bo Mohamed jest meteorologiem, koło jego domu jest stacja meteorologiczna)


Od lewej synowa z dzieciątkiem, Mohamed ze śmieszną czapką, Fatima, Ja, Rocio, Hadischa.

Na pożegnanie turban na głowe.
wtorek, 17 lipca 2012
Lecieliśmy do Maroka z pewną obawą, bo dokładnie dzień po naszym przylocie, czyli 21 lutego miały odbywać się w Marakeszu i paru innych miastach antyrządowe demonstracje. Oczami wyobraźni widziałem już barykady i rewolucję jak w Egipcie. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Idąc po bilet autobusowy dołączyliśmy nawet do tłumu demonstrantów idących z placu Jemaa el Fna główna drogą. Co prawda olbrzymia rzesza ludzi zmiatała po drodze wszystkie ogródki knajpiane, a raczej właściciele tychże musieli w porę ewakuować meble, ale to chyba była jedyna niedogodność jaka mogła spotkać kogokolwiek. Na Rocio, która jest z Argentyny taka demonstracja nie zrobiła w ogóle wrażenia. Niestety dużo gorzej przeżyła kontakt z nowymi obyczajami, a przede wszystkim z natrętnym naganiactwem, które z kolei na mnie nie robiło już wrażenia po wizycie w Indiach. O ile udało nam się spławić kolesia który latał przed nami i anonsował nas w każdym hotelu do którego skierowaliśmy nasze kroki, to na zaganiaczy do knajp nie mieliśmy już wpływu. W efekcie znaleźliśmy bardzo fajny hotelik bliziutko placu Jemaa el Fna, którego właściciel był bardzo spokojny i miły choć nie okazywał żadnego lizusostwa i sztucznej gościnności. Cena 110 dirham/os. Gorzej jest niestety kiedy idziemy coś zjeść. Rocio na widok tych wszystkich miłych panów wciskających na siłę menu wpada w jakąś panikę i po prostu odmawia współpracy, w końcu zostawiam ją samą na kamiennych schodkach, a sam idę do najbliższej knajpki i zamawiam marokańskie whiskey, czyli mocną zieloną herbatę ze świeża miętą i niewyobrażalną ilością cukru. Po jakimś czasie zjawia się Rocio i siada koło mnie, boję się że jak przyjdzie kelner to mu przyp...doli. O zjedzeniu kolacji na słynnym placu który wieczorem wypełnia się straganami i knajpkami z milionem ciekawych potraw mogę dziś zapomnieć. Jak sobie przypominam swoją pierwszą reakcję na Delhi to się jednak nie dziwię Rocio.
Dzień drugi to załatwianie spraw związanych z wyjazdem w góry. Spacerek po bilet na dość obskurny dworzec autobusowy i gimnastyka jak kupić bilet bez pośredników którzy obstawiają wejście, a później nie chcą się od ciebie odczepić. No nic podchodzimy do każdego okienka szukając autobusów które nas interesują a pana toczącego pianę z gęby traktujemy jak powietrze, w końcu daje za wygrana i idzie czaić się na kogoś innego, a my w spokojnie kupujemy bilet (50/os) do miejscowości Kasba Tadla, która ma być naszymi wrotami do Atlasu Wysokiego. Po południu zaś jedziemy autobusem do Carefura gdzie kupujemy przede wszystkim gaz do kuchenki i trochę jedzenia. Wracamy piechotą bo jest piękny wieczór. Po drodze obserwujemy jak na ulicę wychodzą kobiety w chustach, siadają w grupkach na ławeczkach albo krawężnikach, podczas gdy ich mężowie od dawna okupują knajpeczki w centrum Marakeszu.


Uliczka w Marakeszu






Podczas demonstracji

Nie będę pisał ile dokładnie par skarpetek zabrałem, bo spakować sie każdy potrafi. Tym razem jedna planowaliśmy wyjazd trochę inny niż nawet typowe backpakerskie wypady więc też kilka nowych rzeczy znalazło się w plecaku. Przede wszystkim planowaliśmy sporo trekingu w dzikim terenie bez schronisk i hoteli. Więc oczywiście namiot. Tego szukałem przez miesiąc. Miał być lekki i wygodny dla dwóch osób. Ceny tych lekkich powyżej 1000 trochę mnie odstraszały, a jak już znalazłem coś w granicach do 1000 to nie były dostępne (można nerwy stracic, człowiek szuka czegoś godzinami, a jak w koncu znajdzie w sklepie internetowym który ma niezwykle bogatą ofertę to okazuje sie że 3/4 produktów istnieje tylko na zdjęciu). Ostatecznie kupiliśmy przed samym wyjazdem namiot rozkładający się w 2s. z Dekatlonu. Wagowo niewiele się różnił od tych superlekkich, miejsca w nim sporo, solidna podloga i materiał. Jedynie gabaryty przytłaczały. Ale udało się znaleźć sposób na wygodne przytroczenie go do plecaka. Z nadaniem bagażu na samolot też nie było żadnego problemu (przytroczony do plecaka). Zaś użytkowanie go już w trakcie podróży to sam miód, ze względu na łatwość pakowania i rozpakowania, oraz tego że nie potrzeba ani równego podłoża ani szpilek (dobre zwłaszcza na pustyni). Oprócz namiotu najważniejsze było zorganizowanie jedzenia i picia na przejście Jebel Sachro. Dieta głównie ryż z gotowanymi suszonymi warzywami, tuńczyk, sosy z torebki, zupki chińskie, oraz kabanosy krakus. Z Polski więc wieźliśmy suszone warzywa, nie jakieś liofilizowane tylko takie suche do zupy, oraz kabanosy, oczywiście menażki i kuchenkę turystyczną (kartusze do kuchenki Campingas dalo sie kupić w Carefurze w Marakeszu). Oprócz tego krople do odkażania wody, których w górach używaliśmy naprawdę wiele razy. Kolejnym problemem była mapa Jebel Sachro. Nie wiem ile godzin spędziłem w necie szukając jakiejś mapy, żeby chociaż była jakaś na urządzenia gps to byłem nawet zdecydowany kupić jakiegoś Garmina. Niestety ten rejon nie jest zbyt dobrze opisany. Skończyło się na tym że sam wydrukowłem mapę posklejaną z fotek satelitarnych, na którą naniosłem plan ścieżek z przewodnika LP. Podobny problem dotyczył upragnionych przez nas spichrzy na skalnej półce. Mapa google nie jest w tymi miejscu zbyt dokładna, nie pokazuje każdej drogi, nie było więc za bardzo wiadomo jak tam dotrzeć, oraz jaka jest w zasadzie dokładna lokalizacja tego klifu, bo zdjęcia w googlach rozrzucone są na obszarze kilkunastu kilometrów. Wydrukowaliśmy zdjęcie satelitarne i postanowiliśmy jechać odrobinę w ciemno, zakładając że będziemy się wypytywać o to miejsce. Mieliśmy też jedno zdjęcie tych spichrzy z internetu i jak się okazało tylko dzięki niemu udało nam się dotrzeć do celu.


Poranek na pustyni, gotujemy wodę na poranną kawkę.
Namiot osłonięty od wiatru wydmami nie potrzebował nawet mocowania szpilkami.


Mapa Jebel Sachro domowej roboty.

sobota, 14 lipca 2012
Kupiliśmy dość tanie bilety do Marakeszu w terminie od 20 lutego do 15 marca. Kosztowały chyba 900 złotych na dwie osoby w obie strony.
W Maroku chcieliśmy zobaczyć głównie góry, pustynię i ocean. Miasta nie specjalnie nas interesowały tak więc skupiliśmy się na południowej części Maroka. Planowanie zaczęliśmy od kupna przewodnika LP, i lektury blogów, a także intensywnym podróżowaniu myszką po mapie w Google Maps. Dzięki temu trafiliśmy na kilka niesamowitych miejsc słabo bądź wogóle nie opisanych w przewodniku. Pierwszym z nich były spichrze zbudowane na skalnej półce niedaleko miejscowości Aoujgal, drugim skalne łuki w miejscowości Legzira. Oglądając zdjęcia tych miejsc, postanowiliśmy zrobić wszystko żeby tam dotrzeć. Z Marakeszu postanowiliśmy więc pojechać prosto do Aoujgal znajdujący się w Atlasie wysokim, następnie przejechać jakimś transportem (niewiedzieliśy jakim bo o żadnych autobusach w tamtym rejonie nie mieliśmy informacji) Atlas wysoki by wyladować u stóp górskiego pasma Jebel Sachro, części Antyatlasu. Jebel Sachro to pustynne pasmo z szerokości ok 50 km. Jedynie w niektórych dolinach wzdłuż wąskich strumieni znajdują się oazy zieleni a przy nich małe wioski. Dość dobrze opisane trasy znaleźliśmy w przewodniku LP. Mała mapka z przewodnika dość dokładnie pokrywała się ze zdjęciem satelitarnym z Google. Z taką ręcznie stworzoną mapą postanowiliśmy przejść te góry pieszo z miejscowości Kelaat M'Gouna do Nkob. Stamtąd zaś udać się jeszcze bardziej na południe gdzie zaczynają się piaszczyste wydmy Sachary. Na koniec po wszystkich znojach, kurzu i piachu niczym na deser zostawiliśmy sobie przepiękne łuki skalne Legziry i leniuchowanie nad brzegiem oceanu. Tutaj się zatrzymaliśmy w planowaniu uznając że jeśli uda się nam to wszystko zrealizować w 3 tygodnie to będzie sukces.
18:46, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
Dlaczego "Spoko Maroko"? Pomijając że to już utarta i zabawna rymowanka chciałbym udowodnić że ten kraj jest naprawdę spoko, czyli piękny, ciekawy oraz pełen wspaniałych i życzliwych ludzi. Zależy mi na tym tym bardziej, że spotkałem parę osób, które były w Maroku i o dziwo dla mnie nie mają stamtąd dobrych wspomnień. Na pewno to kwestia szczęścia, które mi i Rocio nad wyraz sprzyjało podczas tamtego wyjazdu.
"Podróż za jeden uśmiech" dlatego, że jak się okazało wydaliśmy w Maroku naprawdę minimalną ilość kasy. Wiem że nie należy się tym chwalić, bo można być posądzonym o dziadowanie, ale w naszym przypadku to raczej ogromna gościnność ludzi głównie Berberów była przyczyną tego że wydaliśmy bardzo niewiele na noclegi oraz jedzenie. A skoro o uśmiechu mowa to jestem przekonany że to właśnie rozbrajający i szczery uśmiech Rocio otwierał przed nami większość drzwi.